„Ćwicz i płacz.”

Pierwsze i najważniejsze zdanie kieruję do wszystkich moich znajomych, przyjaciół, rodziny czy też ludzi po prostu „po fachu”, którzy znaleźli się w tym miejscu. Wszystko to, co przeczytacie poniżej to wyłącznie moja, subiektywna opinia, a ja sama doskonale zdaję sobie sprawę z wszechstronności tematu, różnic indywidualnych i całej masy innych czynników, które wpływają na to jak postrzegamy dany temat. A temat jest obszerny, bo na tapetę biorę edukację muzyczną – państwową i prywatną.

Ćwicz i płacz, bo ćwiczyć oczywiście trzeba i wyjścia innego nie ma. Jeśli chcesz być wybitnym, albo chociażby osiągającym dobre wyniki sportowcem – trenujesz. Przy odrobinie szczęścia, może jakiegoś procentu predyspozycji i ogromu pracy dochodzisz do momentu, w którym uzyskujesz wyniki. Chcesz świetnie władać obcym językiem – uczysz się, chcesz umieć szyć – uczysz się, itd. Nie znam takich, którzy by się od razu w szpagacie urodzili i zamiast raczkować zdobyli medal w lekkoatletyce. Tak samo dzieje się w środowisku muzycznym. Ćwicz. Po prostu.

Dobra, przyznam szczerze – ja ćwiczyć nie znosiłam. Pewnie dlatego teraz mogłabym nosić wycior* niektórym moim koleżankom czy też kolegom „po fachu”. Uwielbiałam grać w orkiestrze, czy to dętej, czy symfonicznej, niemniej jak się jednak domyślacie, z uwagi na to, że, przypomnę raz jeszcze, nie znosiłam ćwiczyć, jedyne miejsce jakie dziś zajmuję w filharmonii to to na widowni.


*taki kijaszek, na który nawlekasz chusteczkę, albo jakiś kawałek materiału i czyścisz środek fletu, tudzież innych instrumentów wymagających zgarnięcia twojej śliny ze środka.

Byłam kiepska z harmonii, a przynajmniej bardzo mocno w to uwierzyłam. Kształcenie słuchu to też nie był mój konik. A z ręką na sercu mogę przysiąc, że długo próbowałam wkładać w to ogrom pracy. Innym moim współtowarzyszom doli i niedoli szło raz lepiej, raz gorzej. Tym, którzy wyśpiewywali atonalne ćwiczenia z zamkniętymi oczami zazdroszczę po dziś dzień. Tym, którzy ledwo nadążali, ale trzymali pion, przybijam po cichu piątkę. Wszyscy brnęliśmy do jednego celu, a ostatecznie wygrywali nie tylko Ci najlepsi, ale i najsilniejsi psychicznie.

Jak każdy miałam wzloty i upadki, momenty przemęczenia (choć tutaj czołem glancuję posadzkę, kłaniając się dziewczynom z klas rytmiki, które właściwie w szkole mogły z powodzeniem zamieszkać) i nagle zdałam sobie sprawę, że wpadłam w pewną mechanikę działania. Przestałam myśleć o muzyce, jak o czymś przyjemnym, już w okolicach pierwszej klasy szkoły gimnazjalnej. To stało się tak nieodłączną częścią mojego życia, że przestało wzbudzać zachwyt. Stało się czymś naturalnym – ćwiczenie, stres, rywalizacja, rozczarowanie.

Pamiętam, jaką ulgę odczułam, gdy zagrałam dyplom. Że już koniec, że nigdy więcej. Wolność.

Przynależność do branży nie pozwoliła jednak uciec mi za daleko. Wyruszyłam na studia związane z muzyką oczywiście. Ja, pewna siebie, z nosem zbyt wysoko zadartym. Przecież jestem po „państwówce”, banał, łatwizna, egzamin to ja łyknę z komisją na podwieczorek. Po pierwsze – bzdura. Po drugie – w tym właśnie okresie życia spotkałam mojego męża. Nigdy wcześniej nie poznałam bardziej otwartej na improwizację, nieograniczonej klasyczną harmonią, kochającej muzykę, świetnie słyszącej osoby. Nagle poczułam się malutka ze swoją teorią w jednym palcu i, uznajmy, zadowalającym słuchem. Serio.

Mój życiowy towarzysz znalazł sposób, żeby na nowo obudzić we mnie zapał do muzyki, który przecież zawsze gdzieś tam był w moim serduchu, tylko trochę przygasł.

Żeby była jasność, koleżanki, koledzy muzycy – nie obwiniam nikogo o to w jakim miejscu znajduję się na ten moment. Nie żałuję ani jednego ścisku żołądka ze stresu, ani jednej kropli potu na czole, ani jednego drżenia kolan na egzaminie. Nic nie działo się bez przyczyny i wiem, że bez tych doświadczeń nie byłabym tym, kim jestem. Dobrze się stało. Ale!

Dziś oprócz tego, że z zawodu jestem muzykiem i pedagogiem, jestem również mamą chłopca, który kocha muzykę, taniec, rytm, śpiew. Ja w jego wieku robiłam z błota „masło” na kanapki z kamieni, on natomiast z ogromną frajdą poznaje świat muzyki w prywatnej szkole muzycznej. Spokojnie, nie piszę tutaj o jakimś wybitnym umyśle, który w wieku czterech lat grywa Chopina siedząc na nocniku. Ja mówię o dziecku, któremu sprawia przyjemność poznawania dźwięków, które umie ze swobodą posługiwać się solmizacją i potrafi grać proste melodie z akompaniamentem nauczyciela.

Nieistotne czy nasz syn będzie muzykiem, czy nie. Ważne, że widzę w nim zapał, radość, słyszę jak nuci ulubione melodie. Co ważne, widzę również ogromny postęp w stopniowo zwiększającej się odporności na porażki. Nie wyszło – nie szkodzi, co uważam zasługą jest również nauczycieli prowadzących zajęcia.

Słowem – czuję, że robimy dobrze, nikt nie płacze, nikt nie cierpi. Ci, którzy lubią i potrafią – ćwiczą, by w przyszłości zapewne stać się zawodowcami, Ci, którzy póki co tylko lubią, bawią się muzyką.

A teraz meritum i postaram się krótko.

W mojej historii okazało się, że ściskanie w „nawiasach” i „paragrafach” zrobiło ze mnie osobę przez lata mocno zakompleksioną, niewierzącą w siebie, niemalże niezdolną do występów publicznych. Nie wspominam tutaj o stronie teorii i praktyki muzycznej, która jak się okazało jest na całkiem niezłym poziomie. Odkąd skupiłam się na nieco innej ścieżce, mogę z dumą przyznać, że przeprowadziłam na sobie jakąś formę autoterapii. Nie da się również ukryć, że w dużej mierze udział w tym miały osoby mi bliskie, ze środowiska artystycznego. Dziś wychodzę na scenęz uśmiechem. Kocham dawać ludziom frajdę, jaka płynie z muzyki, jej odbioru i wspólnego wykonywania. Stąd moja prośba.

Obserwujcie się nawzajem, koledzy, koleżanki, nauczyciele, muzycy, rodzice – dawajcie i bierzcie radość z bycia artystą, wspierajcie, nie krytykujcie. Nie pozwalajcie, żeby ta iskra kiedykolwiek zgasła, żeby przygniótł Was stres, bezpodstawne, złośliwe uwagi. Dorzućcie do pieca i rozpalcie prawdziwy ogień.

Dodaj komentarz